Drzazgi i śmiech
Data dodania: 22 grudnia 2010, 21:17:31
ISBN: 978-83-60746-94-3
Krótki opis:
"Marcin Orliński skupia dwa odmienne kierunki jednej drogi: staje się nawiedzonym i zarazem nawiedzającym. Tkwi pomiędzy słowami w beznadziejnym klinczu nie po to, aby tkwić, lecz by je wyszarpywać, przetrącać im karki, ustawiać w różnych pozach, byle nie w szeregu. Być może ów wyczuwalny klincz sprawia, iż poeta ofiarowuje nam książkę ze wszech miar udaną, a momentami wręcz wyśmienitą. Odgrywa własną, bardzo unikatową opowieść posługując się wyjątkowo rzadkimi liniami melodycznymi. Wielbi dysonans. Nie stroni od lingwistycznych zawirowań, lecz nie ulega im zbyt mocno. Liczy się 'mięso'. Przerosty. Surowa łąka, w której wydeptuje się fragmenty krzyku" (Bartłomiej Majzel)
Fragment:
Tusz
Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się
w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –
ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,
a życie
pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.
* * *
Słyszysz? To jej suknie
z nenufarów i rdzy. Ptak,
nie kobieta. Być może przystaje właśnie
przed klatką schodową i kłóci się z listonoszem.
Kto wie, czy nie zabiera mu nawet torby i nie rozrzuca
kopert na wszystkie strony. Tak, niech będzie,
że ów krótki moment listopadowego popołudnia
złapał równowagę i utrzymuje się niewzruszony
między gzymsem a parapetem. Bo gdy odstawiam filiżankę
z kawą, jest już inna godzina, tło inne. Przestrzeń
odarta z powietrza i sklepienie o barwie neonu
sklepowego. Ktoś wymiotuje przez okno akademika,
ktoś inny śmieje się obracając w palcach figurkę
Neptuna. I znów nie mam ciała. Albo inaczej:
kwateruję jednocześnie we wszystkich ścianach
tego małego mieszkania na poddaszu
i jak ów słowiański bóg zawiaduję sterami
nocy. I oto niepostrzeżenie staję się Ablem,
naszymi wyjściami na papierosa, rozmową
o niezdanym egzaminie, pornografią.
Mogłaś być niebem, Mnemosyne,
a wysysa cię ornat.
Podziemne jeziora stoją niezmącone
I jeszcze znaleźć jeden wiersz na ten
powracający, nieuzasadniony niepokój.
Nazwać go i dookreślić, nie uciekać
od nazw. Przerwać
drzemkę dróżnika we Wsi Małej, żarty nad rozlewiskiem,
kiedy ojciec nieopatrznie topi parę bliźniaków
w pierwszym dniu wakacji, rozmowę dwóch nauczycielek
nad śrubką, która kilka dni później odkręci się
od siedzenia. Lecz nade wszystko
głos, ów dudniący głos,
destylat próżni,
bogate w składniki pożywienie dla dzwonów
i drewnianych pudeł. Rozkaz jest nagły i bolesny:
zaprzestać walki ze śnieżycą, zamknąć oczy.
Na nic się zdały pociski wroga Germana,
bo żaden nie śmiał obalić na górze Chrystusa Pana
Moje dzieci, mówię,
miesiąc się rozbudził i obraca ku wam,
nie otwierajcie ust.
Komentarze (4)
-
- Krzysztof Ciemnołoński
- 23 grudnia 2010, 10:47:58
Gratuluję wydania tomiku. Mnie to wydawnictwo odrzuciło :)
-
- Marcin Orliński
- 23 grudnia 2010, 11:00:08
Dzięki! Może spróbuj ponownie, np. z innym tytułem? ;) Wiesz, jak to jest z wydawnictwami...
-
- maciej gierszewski
- 27 grudnia 2010, 22:41:45
Marcin, ale rada! hie hie hie
[czekam na przesyłkę, więc jeszcze nie czytałem] -
- Marcin Orliński
- 28 grudnia 2010, 18:36:30
;)